Bingo Airways i historia pewnego zdjęcia

Bingo Airways

Styczeń 2013

Pod koniec miesiąca moją jedyną „rozrywką” było leżenie na wyrze z perspektywą powrotu do pracy za 30 dni. Cóż… druga operacja kręgosłupa, więc wróg był znany i nie pozostawało nic innego jak to przeżyć. Jednak jakoś tak się złożyło, że ostatnie dwa dni stycznia poprawiły mi zarówno humor jak i samopoczucie psychiczne. Po pierwsze podczas mojej nieobecności przyszło potwierdzenie zajebistego zlecenia reklamowego. Temat ciągnął się chyba ze 3 miesiące, ale finalnie był banan na gębie w całym teamie. Łącznie z szefem, a jak wiemy szefowie z definicji rzadko się uśmiechają. Ledwie zdążyłem się przespać ze świadomością zrobienia „hi-score” na kwitach, a następnego dnia kolejna zaskakująca wiadomość, która finalnie stała się przyczynkiem do tego wpisu.

Było to tak:

Bingo Airways Airbus A320 SP-ABK fot. Grzegorz Różycki
Bingo Airways Airbus A320 SP-ABK
fot. Grzegorz Różycki

Pewnie niektórzy wiedzą, a ci co nie wiedzą to się teraz dowiedzą, że lubię fotografować samoloty. Podczas wypadu na płytę (na powitanie Bingo Airways) popełniłem z tego wydarzenia szereg zdjęć, które wylądowały na mojej stronie. Jedno z nich nawet było na tyle „spotterskie„, że przeszło screening na kilku galeriach i dumnie cieszyłem uśmiech, bo fotka była całkiem niezła (wiem, brak skromności ale wisi mi to). Potem moja ambicja została podrażniona przez kolegę Grzegorza, który bawiąc Bingo Airwayssię Photoshopem popełnił dzieło wyglądające iście bajkowo. Ja nie mam do tego cierpliwości, a jeśli coś mi wyjdzie w Photoshopie to (poza jaśniej/ciemniej, nasycenie czy wyostrzenie) jest z reguły dziełem przypadku. Nie inaczej było i tym razem, bo moje radosne przesuwanie suwaków w PS dało dość zaskakujący efekt.

Bingo Airways pyta

30 stycznia skontaktował się ze mną człowiek z Bingo Airways zachwycając się moim „tuningowanym” zdjęciem i pytając o zgodę na jego wykorzystanie przez linię lotniczą. Oczywiście „zawirował świat tysiącem barw” i wysłałem mu JPG. Zwrotnie dostałem kolejną porcję zachwytów oraz informację, że z wynagrodzeniem w walucie jakiejkolwiek to ciężka sprawa. Oddać jednak trzeba, że przedstawił sensowną propozycję rewanżu, na którą ochoczo przystałem.

Marcin rozmawiałem dziś z zarządem Bingo i pokazałem im Twoją fotke! Są zachwyceni!!! Chcielibysmy móc wykorzystywać ją do celów komercyjnych o ile dasz nam swoją zgode. Aktualnie firma nie ma kasy, ale rzuć propozycje a spróbuje cos załatwić. No chyba że masz ochote (…)

Napisałem tylko, że z mojej strony ustalone działania będą możliwe za około dwa miesiące, kiedy będę jako-tako funkcjonował pod kątem sprawności fizycznej.

W bajce „Szewczyk Dratewka”, chociaż dzisiaj nazwalibyśmy to audio bookiem, przewijał się co jakiś czas tekst: „minęło dni mało-wiele”…
Minęło więc tych dni trochę i 11 marca przypomniałem się koledze z Bingo Airways w interesującym mnie temacie. 13 marca odpisał, że oczywiście, jak najbardziej, of kors, ależ jakżeby inaczej no miód się lał z maila strumieniami. Jednak ponieważ był to dlań gorący okres w pracy poprosił o kontakt na początku maja.

Myślę że początek maja będzie już nieco spokojniejszy więc odezwij się do mnie gdybym ja zapomniał!

Spiny nie miałem, a czas grał na moją korzyść. Im dalej od operacji, tym lepiej dla mnie. Czekam cierpliwie.

Teraz ja pytam Bingo Airways

11 maja wysmażyłem krótką wiadomość z pytaniem o status naszych rozmów i ustaleń.

Tu kończy się bajka i po próbie pocałowania królewny okazuje się, że w praktyce wystawiła do cmoknięcia dupę i strzeliła zdrowym pierdem prosto w twarz. Na maila żadnej odpowiedzi nie otrzymałem, więc po prostu odpiąłem od tematu narty. Jak to się mówi „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Tylko smród po tym pierdnięciu został i osadził się na wizerunku firmy. Na ich własne życzenie zresztą, bo skoro się coś obiecało to przecież można się z tego wycofać. Kwestia zmierzenia się z „problemem”. Bingo Airways, w osobie kolegi PM, ewidentnie temu nie sprostało.

Koniec bajki nie musi oznaczać końca opowieści.

Kwiecień 2014

Bingo Airways jednak szuka zdjęcia

Okazuje się, że temat zdjęcia do końca nie umarł. Co więcej, wieść gminna niesie, że żyje i ma się całkiem nieźle. Otóż doszły mnie słuchy, że inny reprezentant Bingo Airways zaprezentował wydruk mojego zdjęcia, dokładnie tego, które było dogadane w styczniu ubiegłego roku, innym osobom (niestety nie wiem dokładnie komu, ale koniec języka…) z prośbą o wykonanie jak najbardziej zbliżonego kadru. Na usta ciśnie mi się tylko jedno słowo „żenada„. Jednak zanim go użyję (chociaż chyba już to zrobiłem) zobaczmy co o tej sytuacji sądzi druga strona czyli Bingo Airways.

Co o tej sytuacji myśli Bingo Airways?

Zapytałem o to Marketing Directora owej firmy poddając pod rozwagę dwie możliwości:

– zdjęcie przekazał wcześniej wspominany PM, a co za tym idzie miał pełną wiedzę o ustaleniach i zakładam że podzielił się z nią z odbierającym zdjęcie
– zdjęcie wyszukał w Internecie „inny reprezentant”. Wówczas kontakt z autorem, czyli ze mną, był banalnie prosty.

Mail z odpowiedzią zburzył mój świat i niewiele brakowało, że przyjąłbym pozycję embrionalną ssąc przy tym własny kciuk. Dobrze, że w biurze udało mi się opanować;)

Let’s dance, zacytuję co ciekawsze kąski:)

Nie miałem żadnej świadomości na temat Pana rozmów i ustaleń z PM

OK… podobno zdjęcie widział zarząd, więc wyrażając zainteresowanie powinien jakiś „push” do marketingu za tym pójść. Tyle logika, jakie były fakty nie wiem, ale swoje sobie pomyślałem.

Dalej było już tylko ciekawiej:

Zdjęcie, które Pan wykonał – znalazła w sieci agencja reklamowa z którą współpracujemy. Poprosiliśmy ją o przygotowanie folderu dla nas. Ona wybrała Pana zdjęcie, ale od razu zauważyła, że z punktu widzenia oświetlenia, które wtedy panowało (pochmurno) – ono się nie nadaje do wykorzystania.

Grube zagranie:) Profesjonalna agencja znajduje w necie ewidentnie rasowaną fotkę i wrzuca ją do propozycji dla klienta, jednocześnie stwierdzając że do niczego się nie nadaje. To po kiego grzyba klientowi czas zabiera nad koniecznością analizowania czegoś co jest (nomen-omen) do dupy? Podobnych kadrów w sieci jest pół góry, albo i cała góra. Cały czas pozostając w kontekście profesjonalizmu, mój amatorski mózg podpowiada, że skoro mam zdjęcie przejaskrawione, a jest ono podpisane to całkiem niegłupim rozwiązaniem jest zapytać autora czy nie ma tego kadru, ale bez swojego radosnego kombinowania. Z czegoś się przecież przeróbka wzięła. Chyba, że może są aparaty, która takie czary robią w locie. W takim wypadku #kupiłbym.

Pochmurno… :) Był wtedy zajebisty zachód słońca z poszarpanymi chmurami. Oj… można poszaleć z obróbką zdjęć cykniętych w takich warunkach. Trzeba tylko chcieć.

Tym bardziej, że to zdjęcie miałem w pliku RAW. Co z tym potrafi zrobić sprawny grafik nie muszę chyba mówić. Więc argument „nienadawalności” o ile słuszny na początku, upada z hukiem wobec chociażby podjęcia próby wyciągnięcia czegoś z pliku źródłowego. A dopóki nikt nie udowodni, że z pliku RAW nic by nie wyszło, to moje jest na wierzchu.

Pora na gwoźdź programu:

Rozpoczęliśmy więć próby zrobienia innego zdjęcia przy bardzo dobrej pogodzie z podobnym ustawieniem samolotu. Poprosiliśmy o to zarówno naszych pracowników jak i znajomych spotterów

Opadły mi ręce, cycki, wszystkie pozostałe członki ciała również, jak też będąca w początkowym stadium łysina miała wrażenie, że nadal pokrywają ją włosy. Oto poważna firma jak to się ładnie mówi „chodzi po ludziach” i prosi o spapugowanie czyjejś pracy. Może też sąsiadów z przyległych działek wypadało zagadać;) Poczułem się autentycznie zażenowany tym zagraniem, bo jest takie cholernie biedne i niskich lotów. Uups… słabo dla samolotu jak niskie loty zalicza, prawda:)

Przypomniało mi to sytuację, gdy współpracowałem z pewną fimą której szefowali Chińczycy, ale mieszkający od lat w Niemczech. Na targach Cebit, gdzie się wystawialiśmy szef wezwał nas do siebie i powiedział: przejdźcie się po targach, zobaczcie co konkurencja ma ciekawego. Przynieście sample to zrobimy podobne.

Prawa nikt nie złamał, ale wokół czuć było chińskie pierdnięcie…

Zanim ktoś opatrznie zrozumie mój tekst wyjaśniam: nie jest problemem brak współpracy, tylko podejście do mnie, jako człowieka.

W mojej historii ktoś chciał trafić „bingo”. Bingo Airways trafiło się samo, w stopę.

  • No nie wiem – mocno nie fair. Szkoda, że tak wyszło. Pytanie – co dalej?